Tak jak armii niemieckiej nie uratował Volksturm, tak wielokrotnie podejmowane próby uruchomienia kopalni w Kupferbergu nie ocaliły miasteczka. Na jednej z fotografii widać mężczyznę stojącego pośrodku polany, na której oprócz krzewów, drzew i sięgających kolan traw nie ma nic, żadnych zabudowań. Nie ma nawet ruin. Przypomina mi się moja wyprawa w Bieszczady. Maszerowaliśmy we czworo – każdy z wędrujących zatopiony we własnym świecie rozmyślań. W którymś momencie kolega powiedział: „To tu. Tu był Bukowiec”. Zdziwiłam się, ponieważ oprócz drzew nic nie zobaczyłam. Tak, towarzyszyło mi właśnie zdziwienie. A gdyby tu kiedyś było moje miasto i właśnie bym go nie ujrzała? Wolałabym tego nie doświadczyć. Ale mieszkańcy Miedzianki musieli się zastanowić, co począć, ponieważ stanęli przed zagładą tego, co znali, co było im bliskie, co ich definiowało.
„Znikanie zaczęło się od domku Ueberschaera”, kiedy troje dzieci włamało się do grobu starego policjanta i wyciągnęło stamtąd pruski hełm, szablę i napierśniki z niemieckimi napisami. Miedzianka wyczerpała się jak rudy miedzi i srebra i tak naprawdę nikt dziś nie umiałby podać jednego ważnego powodu, który zadecydował o jej zniknięciu. Może zabrakło wypędzonych Niemców, którzy w Kupferbergu byli od zawsze? Może odchodząc, zabrali ze sobą duszę miasteczka, które bez niej skazane zostało na zapomnienie? A może to nie oni wydali wyrok? Może ostatnie słowo padło z rozkrzyczanych ust radzieckich towarzyszy, którzy rękami polskich górników przeorali górę w poszukiwaniu uranu w latach 1948?1952? Trudno powiedzieć, kto zadał ostateczny cios. Miedzianka umierała powoli. Każde kolejne pchnięcie nożem historii sprawiało, że niknęła, zapadała się w siebie i wypluwała kolejnych mieszkańców.
Aż pozostali nieliczni, którzy nie byli w stanie odtworzyć świetności browaru Franzky?ego i Stefana Spiża, wytwarzających Złoto Kupferbergu, ewangelickiego kościoła, apteki, kopalni. Mimo jej zamknięcia w Miedziance jeszcze tliło się życie, ale zapadające się domy jęczały, że nie uda się go na nowo rozniecić. Po pewnym czasie ostatni mieszkańcy przenieśli się na Zabobrze, nowo wybudowane osiedle w blokach, w których brakowało sprawnego ogrzewania, wody, działającej kanalizacji.
Z reportażu przeziera nostalgia. Jest tym dotkliwiej odczuwana, im bardziej zasadza się na faktach. A tych nie brakuje. Autor ze skrawków poniewierających się po świecie składa rzetelny reportaż, opatrzony kilkoma zdjęciami otrzymanymi od Karla Heinza Friebego. Maksymilian von Glischynsky w liście do przyjaciela pisał: „Najgorzej wygląda Kupferberg. […] Stan ogólnego zdziczenia przejmuje jednak grozą”. Mnie również przejął, ponieważ czytaniu towarzyszy poczucie, że Miedzianka jest tylko małą cząstką świata, który zniknął na zawsze. W miejscu Kupferbergu, Gründbergu, Hirschbergu, Jannowitz, Seiffersdorfu, Kattowitz pojawiły się: Miedzianka, Zielona Góra, Jelenia Góra, Janowice Wielkie, Radomierz, Katowice. I trzeba mieć świadomość, że zmiana zaszła nie tylko w nazwie. To jedynie wieko skrzyni, która po otwarciu obdarzy czytelników historiami miejsc i ludzi, o których nie wolno zapominać.
„erinner die leute von kupferberg” – „Pamięci ludzi z Kupferbergu”.
Katarzyna Rafałko
DKK w Wejherowie