Piórem debiutanta – „Dom nadziei” Macieja Palęckiego (recenzja)

Książki będące zapisem przeżyć wojennych to na półkach księgarni w naszym kraju widok częsty. Biorąc pod uwagę naszą historię nie ma w tym nic złego, wręcz przeciwnie – stwarza to okazję do wzbogacenia suchych faktów wyniesionych z lekcji historii (zwłaszcza przez młode pokolenie) o relacje naocznych świadków ważnych wydarzeń. Nie wszyscy lubią jednak czytać takie opisy, które mają wartość głównie w dziedzinie historii. Jeżeli natomiast dorzucimy do nich wątki osobiste, ba! nawet miłosne, to wróży to większe powodzenie książki, która, by znaleźć się w torbie przyszłego czytelnika musi przecież wyróżniać się na tle innych, podobnych do siebie. Tak, więc kluczem jest tu ciekawa opowieść kogoś, kto przeżył wojnę, do niej dorzucamy napis „Ta historia wydarzyła się naprawdę!” i wydawać by się mogło, że to wystarczy. Jak się okazuje „niekoniecznie”
Tytułowy „Dom nadziei” to w książce Macieja Palęckiego, który zdecydował się zadebiutować powieścią, będącą właśnie zapisem przeżyć wojennych, to dla głównej bohaterki – Marceli Makowskiej – Węgry. To tam przebywa jej mąż – oficer i to tam, nękana przez gestapo postanawia uciec z dwiema córeczkami. Zdaje sobie sprawę z ogromnego niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą taka wyprawa, ale jest przekonana, że tylko taka ucieczka może uratować życie jej i jej dzieci. Na szczęście spotyka na swojej drodze życzliwych ludzi, dzięki którym wychodzi cało z kolejnych opresji.
 
    Historia z pewnością niezwykła i z wielu powodów warto ją poznać. Jednak tylko ona sama przychodzi mi na myśl, kiedy staram się określić wartościowość książki Palęckiego.
Z resztą nie tylko mi – nawet Ci, którzy mają sprzedać tę książkę, powołują się głównie na autentyczne wydarzenia w niej opisane, zachęcając przyszłych czytelników słowami „Największą zaś wartością jest fakt, że ta historia wydarzyła się naprawdę…” (opis jednej z księgarni internetowych). Czy w takim razie nie ważne „jak”,ale „co”?

    Z pewnością autorowi zabrakło odpowiednich środków wyrazu. Od samego początku atakowani jesteśmy takim natłokiem informacji, że nie możemy wydobyć z niego tego, co najważniejsze. Nie sposób też nadążyć za toczącą się akcją. Wszystko dzieje się w takim tempie, i w aurze takiej lekkości znajdowania rozwiązań, że od razu zmusza nas to chłodnego dystansu. W pamięci utkwiła mi scena ekspresowego porodu w tramwaju. Kiedyś mogłabym jeszcze uwierzyć, że wszystko może odbyć się tak szybko, teraz nawet już ja wiem, że tak się nie da?
Sam sposób narracji też pozostawia niedosyt. Uderza beznamiętny ton, w którym opisywane są zarówno fragmenty o śmierci bohaterów, jak i chwilach ich radości. A szkoda. Bo historia wydaje się sama kierować piórem? Główna bohaterka potrafi wykrzesać z siebie niespotykane pokłady energii, które pozwalają przetrwać jej i jej rodzinie ekstremalne wręcz sytuacje. Podróż w zamkniętych trumnach to tylko przykład jednej z nich?

    Tak więc, wydaje mi się, że zabrakło w „Domu nadziei” zaangażowania autora. Postawił on na historię, licząc na to, że sama się obroni. A nie można zapominać, że takie historie zasługują na pełne zaangażowanie tego, kto chce je przedstawić światu. Być może to tylko potknięcia debiutanta. Warto więc obserwować dalszą ścieżkę literacką autora,z nadzieją na to, że następne pozycje skłonią go do głębszych refleksji.

    Czemu więc warto sięgnąć po tę książkę? Nie napiszę nic odkrywczego, w dodatku przysłużę się opini, że jednak nie ważne „jak”, ale „co”, jednak właśnie ze względu na opisaną w niej historię. Tym razem nie po to, by poznać ciekawego autora, ale po to, żeby poznać niezwykłych ludzi?

Ewelina Magdziarczyk-Plebanek

Maciej Palęcki Dom nadziei.
Książka dostępna w Wypożyczalni dla Dorosłych.