Stefan Szczepłek: „Żonglerka”, wyd. Oficyna Wydawnicza Przybylik &, Warszawa 2012
Opadły już emocje związane z polsko- ukraińskim Euro 2012 oraz Igrzyskami XXX Olimpiady. Przekonani, że o sporcie nie powinno pisać się okazjonalnie, polecamy zbiór felietonów zebranych w książce pt. „Żonglerka” pióra Stefana Szczepłka, którą na drugiej stronie okładki rekomenduje Stanisław Tym i to właściwie powinno wystarczyć, by po nią sięgnąć.
Z obowiązku dodamy jeszcze, by nie dać się zwieść i zniechęcić okładką książki, bo nie mówi jedynie o piłce nożnej, chociaż to ona jest największą miłością autora i jej poświęca najwięcej słów, wspomnień, relacji, opowieści. S. Szczepłek przypomina czasy, gdy sport był szlachetnym współzawodnictwem, kształtowaniem charakterów i przekraczaniem samego siebie. Autor wspomina czasy, gdy o kolce dbało się przez całą zimę, by nie zardzewiały/ dziś są plastikowe/, marzeniem była piłka, a jeśli otrzymana pod choinkę, to przysparzała katuszy, bo trzeba było czekać do wiosny, by nią pograć. Pisze o piłce nożnej bez afer, spotkaniach z wielkimi/ Lubański, Pele/, acz skromnymi sportowcami, często przypomina mniej znane myśli i opinie K. Górskiego / nie tylko o sporcie, ale i urokach życia doczesnego, jego lwowskich latach/, przypomina losy Ferenca Puskasa i historię meczów, w których grał, a dryblował jak nikt przed nim i po nim, dziennikarzy radiowych i telewizyjnych, czasopism sportowych, a wszystko na tle obyczajowości i stosunków społeczno- politycznych czasów, o których pisze. Każda z historii spuentowana została informacją o dzisiejszej sytuacji opisywanego zjawiska, osoby czy obiektu. Jeśli dodamy, że na kartach polecanej książki są zdjęcia: wielu wielkich piłkarzy, bilety wstępu na mecze/ dziś historyczne/, koszulek, plakatów, pamiątek dziś nazywanych souvenirami lub gadżetami, rękawic, proporczyków klubowych, to chyba jest to wystarczająco dużo powodów, by sięgnąć po książkę „Żonglerka”. Jej dodatkowym atutem jest łatwość czytania, bo poszczególne teksty są niedługie, napisane barwnie, obrazowo, językiem soczystym i potoczystym jak piłka, czego próbkę przedstawiamy, gdy autor pisze o tych, którym w sporcie nie zawsze się wiodło: ?Gwinejski pływak[?]wzbudził na igrzyskach w Sydney wyjątkowe zainteresowanie, kiedy okazało się, że pływa jak pies Pluto, ma na sobie slipki z czasów Commonwealthu, walczy nie tylko z oporem wody oraz grawitacją, ale i o życie- żeby się nie utopić. Przydomek „Węgorz”.?
Historia sportu, w tym piłki nożnej, przedstawiona na kartach tej książki zmusza też do zadumy nad mechanizmami rządzącymi sportem dziś, etosem, który powodował, że sportowcami stawali się ludzie niepytający: „Za ile”?, bo coś zupełnie innego było ważne. Jest to książka ciekawa, ważna, mówiąca o sprawach poważnych w sposób zabawny, ironiczny, czasem nostalgiczny, zawsze szczery i uczciwy. Polecamy!
Bogumiła Dettlaff